Rozdział 1.
Rok 1883. W kraju Tharvelin od 10 lat trwa na ogromną skalę rewolucja przemysłowa, spowodowana odkryciem nowego źródła energii – emocji. Miasta zaczynają urbanistyczny wyścig i masowo wykorzystują najnowsze odkrycie w gałęzi przemysłu, aby zmodernizować strukturę wiejską i przekształcać je na obszary miejskie. Miasto Verthan zaczyna wysuwać się na prowadzenie. Nic dziwnego zresztą. W końcu to naukowcy i inżynierowie z VIBETu ( Verthańskiego Instytutu Badań Emocjonalno-Technologicznego), po 30 latach badań i eksperymentów prowadzonych w pocie czoła, zbudowali maszynę E.N.T.E.R – Emoxin Nethural Trindexion int Exthraten Rexatot, co w tłumaczeniu na nasz język znaczy: reaktor transdukcji i ekstrakcji neutralnych emocji. E.N.T.E.R. służy do przekonwertowania ludzkich uczuć w energię, zastępując silniki parowe. Naukowcy po ukończeniu badań zniknęli w niewyjaśniony sposób. Niektórzy twierdzą, że nie żyją. Po dekadzie uznaje się ich za zmarłych. Policja rozkłada ręce z bezsilności gdy po wielu nieudanych próbach zbadania miejsca eksperymentu, ich śledztwo stanęło w martwym punkcie. Niektórzy twierdzą, że słyszeli o dziwnych zjawiskach mających miejsce w Liryjskim Lesie. Funkcjonariusze badający pozostałości po laboratorium w owym lesie skarżyli się na złe samopoczucie. Opowiadali o niezrozumiałych szeptach, przeświadczeniu o byciu obserwowanym czy nawet, poparte zeznaniami sześciu śledczych i starszego posterunkowego Xarty, zbiorowe halucynacje. Widzieli oni bowiem grupę kilkunastu osób, ubranych w zbroje. Z opisu ubioru rozpoznano ich później jako żołnierzy Trzech Królestw. Uczeni przypuszczają, że są to widma poległych rycerzy w bitwie stoczonej ponad sto pięćdziesiąt lat temu pod Liryjskim Lasem. Ekspedycje badawcze z Tharvelinu i Durmengaru również nic nie dały. W końcu wszystkie trzy kraje zaniechały dalszego śledztwa. Oficjalnie. Bo nieoficjalnie wciąż działał odłam policji, zajmujący się w dalszym ciągu tym tematem. Nazywali ich ,,Motylami”. Motyle, z niewiadomych przyczyn, miały wsparcie finansowe i prawne od rządu Verthanu.
Poranny grzmot wyrwał detektywa Marvicka Vane’a z płytkiego snu. Pół przytomny wyprostował się na krześle, następnie odsunął od biurka, przy którym zasnął poprzedniej nocy. ,,Cholera” – pomyślał, przeciągając się. ,, znowu zasnąłem kończąc pisać raport”. Spojrzał z wyraźną irytacją na ślad śliny, który zostawił śpiąc. Następnie przeniósł wzrok na winnego, który utulił go do snu i pomógł odprężyć się po ciężkim dniu w pracy. Butelka wątpliwej jakości whisky stała w mroku, odbijając delikatny blask latarni za oknem. ,, Jeszcze się z tobą porachuje” – burknął pod nosem. Wpół przytomny, ściągnął okulary i położył je na biurko, tuż obok rewolweru. Drewniana rękojeść miała ślady długiego użytkowania. Czerwone runy wyryte na czarnej, długiej lufie wyglądały jak krwawe pręgi na plecach. Spojrzał przez okno na wieżę zegarową. Dochodziła szósta godzina. Zaklął pod nosem, po czym opuścił głowę z powrotem na biurko, zmożony snem i procentami. Nie spał dobrze. Wrócił do koszmaru, z którego się wyrwał przed chwilą. Przeszłość nie chciała go opuścić.
Błysk pioruna odbił się w jej okularach. Z niepokojem spojrzała w okno. Nie lubiła burzy. Nie lubiła błyskawic. A już najbardziej nie lubiła być podczas burzy sama w domu. Jej mama była w tym czasie jeszcze w pracy. Zrezygnowana, odeszła od stołu zawalonego książkami i skierowała się w stronę łóżka. ,,Oby udało mi się przespać tę cholerną burze” – pomyślała Molly, przebierając się w koszulę nocną. ,,Zadanie z uczelni zrobię jutro”. Wsunęła się do łóżka, zakrywając się kołdrą po sam czubek nosa. Lampka nocna, jak zwykle, świeciła ciepłym blaskiem, dając nadzieje na spokojny sen.
Siedziała w przestronnym, eleganckim domowym salonie. Fioletowa letnia sukienka, z bufoniastymi rękawami pięknie wkomponowała się w jasnozielony obrus. Na owalnym stole stała posrebrzana zastawa dla kilku osób, parę półmisków z różnego rodzaju pieczonym mięsiwem i smakowicie wyglądającymi warzywami. Z tyłu czekały trzy kryształowe karafki ze szkarłatnym oraz bursztynowym płynem w środku. Całą uwagę skupiał jednak śnieżnobiały, misternie udekorowany czerwonymi pączkami róży tort. Na szczycie wypieku były wbite kilkanaście, palących się już, świeczek. Solenizantka z wielkim uśmiechem spojrzała na gości, poprawiła wiecznie spadające okulary. Odgarniając kruczoczarne włosy, ostrożnie zdmuchnęła świeczki. Pomyślała o życzeniu. O tym jednym, jedynym życzeniu, o którym marzyła nieprzerwanie od siedmiu lat. O tym, żeby ponownie zobaczyć ukochanego Tatę. Malutka łza nieśmiało rozmazała delikatny makijaż Molly, gdy ta spojrzała na mamę. Jej zatroskana mina świadczyła o tym, że wie o czym pomyślała jej córka. Ich spojrzenia przerwały radosne wiwaty oraz brawa. Dziewczyna dyskretnie poprawiła się, po czym sięgnęła po przepięknie wyrzeźbioną w górskim krysztale, lampkę z czerwonym winem.
– Zdrowie solenizantki! – rozległy się wiwaty przyjaciółek z klasy. Dziewczyny stuknęły się naczyniami i napiły się. Nastał czas na wręczenie prezentów. Po otrzymaniu małej acz gustownej palety różu do policzków oraz wspaniałego wachlarza, Molly obróciła się w stronę Mamy, która trzymała kopertę z niewielkim wybrzuszeniem. Przyjęła ten podarek z lekkim zaskoczeniem. Był zdecydowanie za ciężki jak na kawałek papieru. Otworzyła go, nie wiedząc czego się spodziewać. Wystarczył rzut okiem , by zaszkliły się jej oczy. Rozpoznała styl pisma jej ojca. Zaczęła czytać. Goście z zainteresowaniem spojrzeli w jej stronę, ciekawi reakcji. Jednak wcale nie ucieszyła się z tego, co przeczytała. Wydawało się, że wręcz przeciwnie. Stała jak sparaliżowana, błądząc wzrokiem po zdaniach. Jej usta, z początku pogodne, rozwarły się nieco w niemym przerażeniu. Po chwili ciężkiej ciszy jaka nastała, wybiegła z pomieszczenia zostawiając wszystkich w wielkim zaskoczeniu. Za oknem rozległ się grzmot i pierwsze ciężkie krople deszczu zaczęły uderzać w szyby okien.
Huk po uderzeniu pioruna poniósł się echem po całym Verthan. W innej części miasta ktoś inny niespokojnie poruszył się nad stertą papierów porozrzucanych na biurku.
Zamaskowana postać jakimś niewytłumaczalnym sposobem zawsze go znajdowała. Nie mógł jej zgubić. Uciekał po lesie a drzewa smagały go gałęziami po twarzy i plecach. Wyglądały, jakby próbowały go złapać. Gdy raz za razem wyrywał się z ich objęć, drapały go po rękach. Zadrapania te pulsowały piekącym bólem. Po chwili w ich miejsce pojawiały się krzywe litery, tworzące zdania. Doskonale wiedział, co zostało tam napisane. Śnił w końcu ten sen nie pierwszy raz. Po godzinach nieustannej ucieczki, wybiegł na polane, gdzie stała drewniana chata. Zaczął wrzeszczeć o pomoc, dobijając się do drzwi. Po chwili otworzył mu barczysty mężczyzna. Spojrzał na niego z wyraźną pogardą. Warknął coś w jego stronę, po czym sięgnął, po wiszącą koło wyjścia domu, starą strzelbę i wyszedł. Towarzyszyła mu kobieta, skryta do tej pory za jego plecami. Uciekinier błagał go cały zasmarkany, aby nie szedł do lasu. Ten stanął, obrócił się i splunął na niego, niemal go trafiając. Zapłakany chłopiec klęczał na ziemi i patrzył się zdrętwiały z przerażenia w stronę lasu, gdzie ruszył dwuosobowy pochód. Wiedział doskonale, co się zaraz wydarzy. Zbyt często był tego świadkiem. Rozległ się wysoki krzyk kobiety i usłyszał wystrzał z broni. Huk strzału poniósł się echem po polanie, dudniąc w głowie niczym dzwon kościelny. Po chwili pełnej napięcia z linii lasu wyłoniły się dwie postacie. Tak jak się spodziewał, nie było wśród nich kobiety. Na jej miejscu szedł za to jego oprawca. Twarz zakrywała mu żeliwna maska udekorowana dwoma zębatkami zamiast oczu i wymalowanym czarnym uśmiechem. Mimo, iż nie było widać jego lica, chłopak był przekonany o tym, że za metalem czai się w mroku prawdziwy uśmiech, niczym czyhający na swoją ofiarę, wąż skryty w cieniu traw. Sterczące małe i czarne skrzydła były rozpostarte na znak odrażającej dumy. Człowiek idący obok niego celował w jego kierunku, jeszcze dymiącą lufę. Zostawiali za sobą ślady czarnej jak noc substancji, która lepiła się do ich butów. Młody Vane widząc to, wbiegł do chaty i zaryglował ciężkie, drewniane drzwi. Pobiegł do jednego z kilku pokojów. Zaczął czegoś gorączkowo szukać. W końcu znalazł. Podniósł drżącymi rękami czarny i ciężki rewolwer w momencie, gdy rozległ się huk strzału i hałas łamanych desek. Ledwo żywy ze strachu zaczął się gorączkowo rozglądać za kryjówką, niczym zapędzone w kozi róg osaczone zwierzę. Spojrzał na łóżko i jednym skokiem ukrył się pod nim, celując w stronę wejścia. Ciężkie, niesynchroniczne kroki zmierzały w jego kierunku. Po chwili widział już dwie pary butów wchodzące do pokoju, gdzie się ukrywał. Wstrzymał oddech, drżąc cały ze strachu. Nagle stanęli przed łóżkiem. Nikt się nie poruszył. Myśląc, że udało mu się schować przed śmiercią, Marvick odetchnął w myślach. W tym momencie stało się kilka rzeczy na raz. Łóżko zostało wyrzucone w powietrze z ogromną siłą, a czyjaś owłosiona ręka złapała go za szyję, dusząc go. Szybko wyciągnęli go z kryjówki. Gdyby nie zdrętwiałe palce zaciśnięte na rękojeści broni, upuściłby swój ostateczny ratunek i stałby się bezbronny niczym pisklę. Teraz albo nigdy! Wisząc, niczym tusza haku, czując uchodzące z niego życie, ostatnimi siłami przyłożył lufę do podbródka uśmiechniętego mężczyzny i drżącymi palcami nacisnął spust. Huk wystrzału zadudnił mu w czaszce, niczym grzmot błyskawicy.
Burza nie odpuszczała. Nikogo jednak nie dziwiła ta sytuacja. Zła pogoda nie panowała tylko na dolnym Tharvelionie. Objęła również północny kawałek Durmengaru, leżącym na południe od Verthanu, za Liryjskim Lasem. Niektórzy jednak śnili o czymś więcej niż przeszłość.
Ignicio gwałtownie poruszył się w łóżku, słysząc kolejny odgłos uderzającego piorunu. Już prawie odpłynął w błogi sen. Wstał z łoża. Chwiejnym krokiem zbliżył się do okna, nabijając po drodze fajkę. We wpół zamkniętymi oczami puścił dymek z lufy. Podumał chwilę, wpatrzony na okryty ciężkimi chmurami świat. Wytrzepał dokładnie popiół z drewienka, zasunął grube zasłony i położył się z powrotem spać.
Siedział przy ognisku w towarzystwie dwójki obcych mu ludzi. Rozejrzał się. Otaczały ich fioletowe skały o kształtach, których nie był w stanie opisać. Czerwone gwiazdy świeciły krwistym blaskiem na jasnozielonym niebie, zasnutym żółtymi zorzami. Chciał coś powiedzieć, ale cały świat rozmył się. Był teraz w budynku. Widział grupę ludzi ubraną w czerwone szaty. Otaczali dziwną postać. Miała ona czarne skrzydła oraz płomienną maskę. Ku jemu zaskoczeniu, znał tę osobę. Po chwili cała ta scena oddaliła się od niego. Patrzył teraz na budowlę z lotu ptaka. Była wyraźnie zaniedbana. Popatrzył w prawo. Zobaczył wielki i stary zegar. Zardzewiałe wskazówki pokazywały godzinę 21:47. Następnie spoglądał na drzemiącego mężczyznę przy stole. Koło niego leżał rewolwer i niedokończona butelka jakiegoś trunku. Jednak to notatki przy których usnął, rzuciły mu się w oczy. Czuł, że musi je przeczytać. Ujrzał sprawozdanie z akcji oraz podpis dowodzącego. Poczuł silną oraz niewytłumaczalną potrzebę skontaktowania się z tą osobą, jakby niewidzialna siła zmuszała go do tego. Wciąż nie rozumiejąc tego co zobaczył, ujrzał piorun uderzający w wieże zegara.
Obudził się nagle. Rozejrzał się nieprzytomnie po swoim pokoju i zerwał się w kierunku biurka. Chwycił pióro i zaczął pisać. Pod koniec listu był tak podniecony wiadomością, że jego entuzjazm wręcz buchał żarem od niego. Suchy papier zaczął tlić się małym płomieniem. Szybko go ugasił, przecierając go rękawem koszuli nocnej. Gdy postawił ostatnią kropkę na końcu zdania, skoczył do szafy, pośpiesznie zakładając ciężki, brązowy płaszcz. Następnie ruszył w kierunku wyjścia i za chwile rozpłynął się w gęstym mroku nocy.
Dziękuje za przeczytanie kolejnego fragmentu opowieści z miasta Verthan. Mam nadzieję, że zainteresowała Cię ta historia. Zachęcam do obserwowania Archiwów Kvasyra na Facebooku, aby nie przegapić nowych przygód.
Ukryty obserwator – Kvasyr

Zostaw odpowiedź